O autorze
"Dni spędzone bez samochodu to te najgorsze. Samochody to pasja, fascynacja, najlepsza metoda spędzania czasu i najlepszy środek transportu". Takie są moje poglądy. Od kilku lat piórem i głosem opisuję moje spostrzeżenia dotyczące świata motoryzacji. Zapraszam do przeczytania moich tekstów.

Mini John Cooper Works GP: Król hothatchy?

Mini Polska
Jeździłem Mini, w którym nie wstyd się pokazać facetowi, ba wielu chętnie zajęło by w nim moje miejsce i nie chciało go już oddać. Zwłaszcza na torze w Ułężu, gdzie miałem okazję nie przejmować się przepisami ruchu drogowego i naprawdę porządnie sprawdzić, co ma w sobie limitowana wersja Mini. Oto moje wrażenia.

Dla uzmysłowienia Wam jaki dokładnie samochód dziś przybliżę, trzeba wspomnieć o kategoriach samochodów produkowanych przez niemiecko-angielskiego producenta. Standardowe Mini to lifestyle’owy trendsetter, ojciec wszystkich tkniętych palcem motoryzacyjnego marketingu pojazdów, które od kilkunastu lat w coraz większej ilości zalewają rynek. Potężna liczba akcesoriów, naklejek na nadwozie i poziomów dodatkowego wyposażenia umożliwia stworzenie niemal niepowtarzalnej kombinacji , a w efekcie samochodu będącego personifikacją świadomości estetycznej właściciela. Dalej mamy wersje Cooper i Cooper S, które mają bardziej sportowy image, co zawdzięczają głównie odpowiednio mocniejszym jednostkom napędowym (i odpowiednio bardziej sportowym akcesoriom/pakietom stylizacyjnym). Na samym czubku tej listy znajdują się wersje sygnowane logo John Cooper Works, czyli działu fabrycznego tuningu firmy Mini, założonego jako osobna firma przez syna słynnego konstruktora oryginalnych Mini Cooperów, a następnie zaanektowane pod skrzydła marki. To auta, w których modyfikacje są dokonywane przede wszystkim pod kątem poprawienia osiągów, z wykorzystaniem najnowocześniejszych technologii. Nie palą mało, nie jeżdżą cicho i nie grzeszą nadmiernym komfortem, ale z nawiązką rekompensują to „gokartową frajdą z jazdy”, jak głosi oficjalny slogan Mini.

Tymczasem samochód, którym jeździłem jest czymś jeszcze o poziom wyżej. To limitowana do 2000 szt. edycja GP, która w gamie Mini jest zdecydowanie najbardziej bezkompromisowym samochodem oferującym sportowe osiągi i mocne wrażenia z jazdy.



Takie efekty dało zastosowanie gwintowanego sportowego zawieszenia, zwiększenie mocy do 218KM, montaż unikalnego pakietu aerodynamicznego, oraz przede wszystkim opon Kumho typu semi-slick. Silnik to znany ze słabszych odmian Mini 1,6-litra turbodoładowany sprężarką typu twin-scroll. Parametry 218 KM oraz 260 Nm nie rzucają na kolana, choć to największe liczby jakie znajdziemy w katalogu pojazdów Mini. Jeśli jednak uważniej im się przyjrzymy, spostrzeżemy, że maksymalny moment obrotowy dostępny jest już przy 1 750 obr./min, a od 2 000 obr./min może być zwiększony przez chwilowy overboost o kolejne 20 Nm. Dzięki takiemu wystrojeniu silnika otrzymujemy w zasadzie nieustające przyspieszenie od początku do końca skali obrotów, co w prosty sposób przekłada się nie tylko na przyjemność z przyspieszania, ale także na efektywność jazdy.

Na papierze nie wygląda to imponująco, ale wciska w fotel mocniej niż się spodziewałem. Torque-steer nie przeraża, raczej chce się jeszcze po siłować z kierownicą, dodać gazu jeszcze mocniej. Dobrze, że jesteśmy na torze, inaczej pewnie już bym dawno zwiedzał przydrożne melioracje.

W każdym samochodzie aspirującym do miana sportowego, ważniejsza od silnika jest jednak trakcja, czyli praktyczna możliwość wykorzystania tego co drzemie pod maską. Dzięki dużemu rozstawowi osi, oraz krótkim zwisom „gokartowość” Mini w niedużym stopniu jest zauważalna nawet w bazowej odmianie, ale dopiero w tej najmocniejszej pokazuje pełnię możliwości. Naprawdę widać jak duże rezerwy ma to podwozie.

„Prawy trzy szeroko do szykana od prawej” wycedził przez zęby pilot. Kątem oka widzę, że na prędkościomierzu jest sporo ponad 100 km/h, dokręcam trzeci bieg, przycinam zakręt i wyłapuję dziurę w samym rogu toru. Mini robi szybki ukłon prawymi kołami, ja spinam mięsnie jeszcze mocniej szykując się do kontry, ale okazuje się, że jest prawie niepotrzebna. Amortyzatory tłumią już przy pierwszym odbiciu. Jestem pod wrażeniem. Płynnie zmieniam azymut, tak żeby trafić w szybko zbliżającą się szykanę. Mini jedzie dokładnie tam gdzie powinno. Mało którym seryjnym autem da się to tak pojechać.

Sportowe zawieszenie gwintowane obniżające auto o nawet 20mm pozwala na dużo więcej niż standardowe. Samochód znakomicie trzyma się drogi. Celowe wprowadzanie go w poślizg w zakrętach nie ma sensu, gdyż granice przyczepności w Mini JCW GP są przesunięte dużo dalej niż w większości nawet tych usportowionych aut seryjnych. Ogromną rolę odgrywają naciągnięte na 17calowe alufelgi (które, co trzeba powiedzieć głośno, nie wyglądają na lekkie, a dodatkowo ich design budzi skojarzenia z zabawką Hot Wheels, a nie rajdówką) przygotowane specjalnie dla tej wersji opony typu semi-slick firmy Kumho w rozmiarze 215/40. Swoje robi także negatyw – 4-krotnie większy niż w standardowym Mini JCW, czyli mówimy tutaj o pochyleniu koła o 2 stopnie. Całość dopełnia pakiet aerodynamiczny z budzącym wyścigowe skojarzenia dyfuzorem wbudowanym w tylny zderzak, oraz przymocowanym do słupka C tylnym spojlerem wykonanym z włókna węglowego. Takie połączenie sugeruje znaczne pogorszenie komfortu odczuwanego podczas jazdy, ale o dziwo nie jest tak źle. Zawieszenie bardzo dobrze wybiera nierówności, nie ma mowy, ani o nieprzyjemnym dobijaniu, ani niedostatecznym resorowaniu. Znaczna większość seryjnie produkowanych aut zyskałaby wiele po zamontowaniu tego typu zawieszenia. Trzeba docenić Mini za to, że w czasach gdy praktycznie wszyscy producenci samochodów stosują możliwie skomplikowane rozwiązania techniczne prowadzące do wzrostu kosztów serwisowania auta, zdecydowano się na stosunkowo proste konstrukcyjnie amortyzatory, które w zależności od nawierzchni można mechanicznie regulować (kluczyk do „skręcenia gwintu” to kolejny smaczek – znajdziemy go w schowku). Ustawiamy niżej na płaski tor, czy autostradę, a wyżej na dziurawą miejską ulicę, na której więcej leżących policjantów niż psich kup na trawnikach.

W Mini jest także całkiem bezpiecznie – jeśli ktoś zapragnie szybko się rozpędzić (katalogowo 6,3 s. do 100km/h, ale odczuwalnie szybciej) w razie awaryjnej sytuacji na drodze niemal natychmiast wyhamuje dzięki 6-tłoczkowym zaciskom, oraz potężnym tarczom hamulcowym (330 mm na przedniej oraz 280 mm na tylnej osi).

Atmosfera toru jest specyficzna, trudno zwrócić uwagę na detale, smaczki stylistyczne, czy ergonomię. Całą uwagę mimowolnie pochłaniają przeciążenia. Zaślepione adrenaliną oczy nie widzą małych rzeczy, które w codziennej jeździe grają ogromną rolę. Łapie się na tym, że po pełnym ciasnych zakrętów odcinku wypowiadam na głos ciepłe słowa o małej i wygodnej, nawet przy szybkim kręceniu kierownicy. Na pierwszy rzut oka, tak jak całe wnętrze raczej mnie ona odrzuciła, a tu taka niespodzianka – świetnie się sprawdza.

Nigdy nie byłem fanem agresywnego retro-marketingu nakłaniającego do zakupu malowanych tanią, rzucającą się w oczy farbą wydmuszek udających najwspanialsze łakocie. Nostalgia to potężna siła, ale wykorzystywanie jej do manipulacji, jaką zawsze wydawała mi się być retro-stylizacja, było dla mnie powodem do negacji wszystkich samochodów z tej kategorii. I nagle ten paskudny Miniacz. Wilk w owczej retro-skórce. To chyba nie jest najlepszy hot-hatch na rynku, choć na pewno wyróżnia go więcej niż tylko cena zakupu. Każdy zwolennik Golfa GTI wytknie mu niepraktyczność – tylko 2 miejsca i mało pojemne nadwozie. Ktoś kto lubuje się w Civikach Type-R zapłacze nad turbodoładowanym silnikiem. Z kolei fani Megane RS wyśmieją zabawkową deskę rozdzielczą i alufelgi, a członkowie klubu Focusa RS mało męski image marki. Jeśli jednak któryś z nich będzie miał okazję przejechać się Mini JCW GP, na pewno zgodzi się, że to w tej chwili obok ich ulubieńca jeden z najlepszych hot-hatchy.

Poza oczywistym minusem, jakim jest niedostępność do zakupu tej limitowanej wersji, oraz gdy jeszcze można ją było kupić – absurdalnie wysoka cena, wszystko w zasadzie jest takie jak można się było spodziewać. To uwspółcześniona wersja udanego JCW GP pierwszej generacji z 2006 roku. Jeśli miałbym wymienić, co psuje ten obrazek, odpowiedź nie przychodzi natychmiast. Na pewno auto za grubo ponad 100 tys. zł powinno mieć wnętrze wykonane z lepszej jakości tworzyw. „Zabawkowy” image Mini niejako odwraca od nich uwagę, ale wypada oczekiwać jednak czegoś co najmniej o klasę lepszego.

Mini JCW GP nie jest tylko kolorowym gadżetem, to bardzo udana sportowa wersja eksploatowanej do granic możliwości, acz sprawdzonej koncepcji modnego samochodu. Nie jest najszybszym, najkorzystniejszym cenowo, ani nawet paradoksalnie najbardziej wyróżniającym się z tłumu hothatchem na rynku. Jego mocną stroną jest jednak to, co tak rzadko udaje się odnaleźć w przednionapędowych autach – radość z jazdy. Z tego samochodu naprawdę rzadko wysiada się bez uśmiechu na ustach.
Trwa ładowanie komentarzy...